"W lesie dziś nie zaśnie nikt", czyli Polacy też umieją w horrory. Recenzja filmu.


Niespodziewanie, w piątek 20 marca 2020, na Netflix trafił polski horror (sic!) pod jakże wdzięcznym tytułem "W lesie dziś nie zaśnie nikt". Twórcy najpierw podjęli decyzję o przesunięciu premiery kinowej (z powodów oczywistych: wszystkie obiekty rozrywkowe są nieczynne z racji zagrożenia epidemiologicznego), aby później zmienić ją na udostępnienie filmu na platformie streamingowego giganta.

Przyznam się bez bicia: oglądając jakiś czas temu trailery "W lesie dziś..." nie spodziewałem się zbyt wiele. Wyglądało to wszystko mało obiecująco, ot, po prostu jak kopia kopii amerykańskich slasherów typu "Piątek 13-tego" czy "Teksańska masakra piłą mechaniczną". Żenadometr zapiszczał ostrzegawczo i prawie przekroczył skalę, kiedy w obsadzie zobaczyłem Julię Wieniawę, "gwiazdę" polskich celebryckich ścianek, Pudelka i social media. Dziewczę jest mi znane głównie z bardzo, bardzo złej piosenki pod tytułem "Nie muszę" i całych trzynastu minut serialu "Zawsze warto" emitowanego na Polsacie (tyle wytrzymałem bez trwałego uszczerbku dla psychiki). Można więc śmiało powiedzieć, że fanem jej talentu nie jestem. Jak widać powyżej, wielu racjonalnych przesłanek do obejrzenia recenzowanego tu dzieła nie było, jednak z jakiegoś dziwnego, masochistycznego powodu, postanowiłem dać mu szansę. Efekty eksperymentu poniżej.


Na początek od razu zaznaczę najbardziej dla mnie zaskakujący fakt: ten film NIE jest wcale festiwalem obciachu, kulawej kinetografii i paździerzowego aktorstwa! Jakkolwiek nie byłbym uprzedzony przed premierą, jak bardzo nie miał ochoty poszydzić sobie z jakiejś padaki i jak mocno nie wstydził za większość polskich filmów "rozrywkowych" ostatnich lat, tak muszę uczciwie przyznać, że obejrzałem "W lesie dziś nie zaśnie nikt" ze sporą przyjemnością. Parę razy się przestraszyłem, parę razy zaśmiałem, ani razu nie ziewałem ani nie miałem ochoty przerwać seansu. Szok i niedowierzanie, ale to prawda!


Film Bartosza Kowalskiego to reprezentant gatunku, który w polskiej kinematografii właściwie nie istnieje, mianowicie odmiany horroru zwanego slasherem. To kino kategorii B, zawsze kręcone z dużą dozą autoironii, humoru i dystansu do siebie, balansujące na granicy kiczu lub ją świadomie przekraczające. Wymaga tego typowa konstrukcja takiego filmu i tematyka: oto grupa, często młodych, bohaterów trafia w odosobnionej lokacji na antybohatera, który zabija ich, jednego po drugim, w groteskowo brutalny sposób. Czasem na końcu ktoś uchodzi z życiem, ale nie jest to warunek konieczny. Absolutnie nie jest to kino, które aspiruje do zmieniania świata na lepsze czy odkrywania wielkich prawd o życiu. Nie wyjdziecie po seansie odmienieni, natchnieni czy wielce poruszeni. To nie jest "sztuka wysoka" a "jedynie" czysta rozrywka i albo się z tym zgadzamy i przyjmujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo nie i po prostu nie oglądamy.


Powyższa charakterystyka jest bardzo prawdziwa w odniesieniu do "W lesie dziś...". To niezwykle prosta historia, z jednym wątkiem głównym i kilkoma bohaterami ginącymi w równych interwałach z rąk mordercy. Ani mniej, ani więcej. Jeśli jednak rozumiecie tę specyfikę i nastawicie na taki właśnie rodzaj rozrywki to, śmiem twierdzić, będziecie się naprawdę nieźle bawić. Całość jest zgrabnie nakręcona: osadzona w malowniczym i odrobinę przerażającym lesie oraz kilku staroświeckich, zrujnowanych domach, ładnie wykadrowana i zmontowana. Muzyka bardzo przyjemnie ilustruje wydarzenia na ekranie, jest odpowiednio "creepy" i buduje fajny, powodujący gęsią skórkę klimat. 


Twórcy, co odebrałem zdecydowanie in plus, zadbali o charakterystyczny polski koloryt i wiele rodzimych akcentów. Tytułowy las wygląda swojsko i znajomo, podobnie jak wnętrza czy bohaterowie. Da się odczuć, że to właśnie w kraju nad Wisłą rozgrywa się akcja. No właśnie, akcja. Film pokrótce już streściłem, tak naprawdę nie ma tu wiele więcej do dodania, ale z recenzenckiego obowiązku wspomnę, że krew i wnętrzności rozsmarowywane po lesie przez monstrualnych rzeźników należą do grupy nastolatków przebywających na obozie. Nie takim zwykłym jednak: jest to "obóz offline", skierowany do młodzieży uzależnionej od nowoczesnych technologii, szczególnie smartfonów, tabletów i ogólnie rozumianego internetu. Ten sprytny zabieg sprawia, że pozbywamy się tak zabójczych dla dramaturgii filmowej wszechobecnych telefonów i wracamy do czasów, kiedy żeby zwrócić się o pomoc trzeba było znaleźć człowieka "w realu". Podczas trwania filmu towarzyszymy pięcioosobowej grupie, która z plecakami wybiera się w leśną głuszę, na internetowy detoks. No i idą te nieboraki, wygłupiają się trochę, obserwują siebie nawzajem, poznają (niektórzy tak naprawdę blisko), a w końcu zostają przerobieni na krwawy tatar, pocięci na plasterki tudzież rozbryzgani na drzewie. Standard :) Oczywiście, scenarzyści dodają do tej całej makabry tło fabularne, ale to już pozostawię do odkrycia Wam. Ogólny zarys znacie, zgubić się tu nie da, to nie "Memento" ani "Obywatel Kane".


Postacie, których zmagania obserwujemy na ekranie, to właściwie slasherowa sztampa, ale podana całkiem strawnie. Największy szoker: Julia Wieniawa nie jest tu żenującą lolitą, wdzięczącą się przed kamerą! Więcej nawet: jej bohaterka ma swój charakter, jakieś backstory i można z nią śmiało sympatyzować. Nie błyszczy może jakoś specjalnie, ale też nie irytuje, a to już dla mnie spore wygranko. Kasting na lolitę wygrała w tym przypadku Wiktoria Gąsiewska, to ona wciela się tu w stereotypową malowaną lalę, która w środku lasu kręci loki. Bardzo fajny jest Michał Lupa, czyli Julek, typowy no life, który sypie cytatami z filmów, żartuje z horrorowych klisz ("rozdzielmy się!") i ogólnie da się lubić. Paczkę dopełnia jeszcze dwóch młodych dżentelmenów i pani przewodnik, oni jednak mają według mnie najmniej do zaoferowania. Cieszą epizody Olafa Lubaszenki, Wojciecha Mecwaldowskiego, Mirosława Zbrojewicza czy Piotra Cyrwusa (tak, Rysio z Klanu też tu zabłądził).


To co, oglądać? Nie oglądać? Jeśli lubicie ten gatunek: pewnie, że tak. Bartosz Kowalski pokazał, że Polacy nie gęsi i swój slasher mają. Pamiętajcie jednak: to nie jest wielkie kino, ale kino gatunkowe, zabawa konwencją, kiczem, przesadzoną brutalnością. Ten film trzeba oglądać z dystansem i przymrużeniem oka, a nawet czasem obu. Nie jest wybitny, ale też na pewno nie na cztery i pół, a taką średnią ma obecnie na Filmwebie. Gdybym przyznawał w swoich recenzjach oceny, dałbym coś w okolicach 6 lub 6,5 w skali dziesięciostopniowej. To nie jest w żadnym wypadku poziom żenady i obciachu z "Listów do M" albo "Planety singli" (btw, właśnie sprawdziłem: są ocenione na blisko 7, idę się zastrzelić...), ale po prostu sprawnie nakręcony horror. Ja się nieźle bawiłem i mogę śmiało polecić seans. Na pełnym luzie, przy dużym popcornie i coli. 


Comments

Popular posts from this blog

"Drive", recenzja filmu.

"DOOM" (2016): krew, demony i heavy metal. Recenzja gry.