"Birdman", czyli arcydzieło z Batmanem pięć lat po premierze. Recenzja filmu.


Nieczęsto się zdarza, żeby filmowi udało się mnie zaskoczyć. Jeszcze rzadziej jest to niespodzianka pozytywna. Może jestem już na tyle zgorzkniały i zblazowany, że niegdysiejszy entuzjazm, jakim darzyłem X muzę po prostu we mnie umarł? Stałem się zbyt wybredny a standardy, których oczekuję są niemożliwe do spełnienia. Bo przecież jak często można dostać kolejne “Pulp Fiction” czy “Łowcę Androidów”, right? Może najadłem się przez swoje 37 lata na tyle dużo celuloidowej taśmy, że każdy kolejny obraz po kwadransie kwituję oschłym “nihil novi”? Po seansie “Birdmana" Alejandro Gonzáleza Iñárritu mówię zdecydowanie: żadne z powyższych. Jednak można inaczej! Można zaskoczyć, zmiażdżyć, rzucić na kolana i pozostawić w tej niewygodnej pozycji aż do napisów końcowych. To po prostu filmy z reguły podążają wciąż utartymi ścieżkami i z uporem maniaka brną w schematy.

“Birdman” jest w moim odczuciu dziełem wybitnym, ważnym, odważnym, godnym postawienia obok największych legend kina. Wzniosłe słowa, wiem. Ponadto, to film nowatorski i mistrzowski pod względem technicznym. To film genialnie zagrany i wyreżyserowany. Film kameralny i epicki jednocześnie. Niesamowicie zabawny a jednocześnie pełen smutku i goryczy. Ale po kolei!


Wszyscy, bez wyjątku, aktorzy pojawiający się na ekranie zasługują na najwyższe słowa uznania. Oglądając odtwórcę tytułowej roli, Michaela Keatona, wielokrotnie miałem ochotę zapytać: mój boże, w jakiej jaskini żeś Ty się chłopie ukrywał przez te wszystkie lata z takim talentem! Jego Riggan Thomson to bohater niesamowicie wiarygodny i autentyczny, pełen drobnych niuansów charakteru, zarówno tych pozytywnych jak i tych zdecydowanie mniej. To postać zafiksowana w stu procentach na jednej tylko rzeczy, jednej idei: zaistnienia w ludzkiej świadomości jako osoba godna miana artysty, pozostawienia po sobie trwałego śladu i zamknięcia ust niedowiarkom i krytykom. I przy okazji zmazania piętna celebryty, faceta w obcisłym trykocie i masce, aktora drugiej kategorii. Keaton jest w tej roli po prostu powalający. Ma się wrażenie, że jest uszyta niemal na miarę. Trudno bowiem nie zauważyć korelacji “Birdman Thomsona - Batman Keatona” i nie dopatrzeć swoistego porte parole aktora (choć sam Keaton we wszystkich wywiadach zdecydowanie temu zaprzecza).


Dłużny nie pozostaje mu Edward Norton, kunsztem aktorskim depcząc ex-super-herosowi po piętach. Mike to antypatyczny, rozkapryszony gwiazdor z zachciankami godnymi Paris Hilton ale przy tym o niezaprzeczalnym talencie i pasji, chodząca definicja terminu “uczucia ambiwalentne”. Norton powraca tą rolą po paru zdecydowanie chudszych latach i jest to powrót w wielkim stylu: żywiołowy, z nutką szaleństwa i ogromnym dystansem. Chapeau bas!

O ile w przypadku Edwarda trudno mówić o zaskoczeniu wyśmienitym aktorstwem tak już w tym kontekście pojawiające się nazwisko Emmy Stone to w roku 2014 była nie lada siurpryza :) Pani kojarzona do momentu powstania filmu głównie z ładnej buzi i dziewczęcego uroku, udowadnia, że ma do zaoferowania znacznie więcej. Sceny, w których partneruje Keatonowi i Nortonowi są ozdobą spektaklu i prawdziwą emocjonalną bombą. Ręce same składają się do oklasków! Za nią chyba najmocniej trzymałem kciuki podczas ceremonii wręczenia Oscarów (do których nota bene “Birdman” otrzymał 9 nominacji i zgarnął cztery nagrody akademii, w tym dla najlepszego filmu). Koniec końców Emma musiała jednak uznać wyższość Patricii Arquette, lecz swoją złotą statuetkę odebrała już w roku 2017 za "La la land" (którego recenzję również znajdziecie na moim blogu). I to za rolę pierwszoplanową!


Na osobną wzmiankę zasługuje na pewno praca kamery i montaż. A właściwie… jego brak! Może niezupełnie, ale takiemu właśnie złudzeniu ulega widz podczas seansu: oglądania jednego, nieprzerwanego ujęcia kamery. Taki styl wymaga sporego zaangażowania i uwagi ale robi naprawdę, naprawdę niepowtarzalne, piorunujące wrażenie. Doprawdy ciężko to wyrazić słowami, dopiero doznanie tego na własnej skórze da nam pojęcie o charakterze zjawiska. Niesamowicie potęguje to immersję i nadaje niemal paradokumentalny sznyt. Brawo, po raz kolejny brawo!


Muzyka to kolejny majstersztyk. Złożona z samej tylko perkusji, oparta głównie na improwizowanych, jazzujących rytmach pięknie podkręca psychodeliczny, transowy niemal styl opowieści. Podobnie zresztą jak pojawiający się okazjonalnie w kadrze wykonawca tejże ścieżki dźwiękowej.

Co jeszcze mógłbym dodać? Techniczna wirtuozeria idąca w parze z głębią przekazu i godnym najwyższych laurów aktorstwem to chyba wystarczająca rekomendacja? Jeśli tego byłoby mało to dorzucę jeszcze świetnie napisane dialogi i Michaela Keatona biegającego w samych slipach po centrum Nowego Jorku :) To musi przeważyć szalę :)


Naprawdę nie mógłbym bardziej polecić nowego filmu autora “Amores Perros” i “21 Gramów”. Już bardzo, bardzo dawno żaden obraz nie trafił tak celnie w mój gust, nie zaskoczył i zachwycił jednocześnie. Iñárritu połączył tu niebagatelną treść i szerokie spektrum podejmowanej tematyki z ogromną dozą dystansu, ironii i przebijania “czwartej ściany”. Dzięki temu “Birdman” nie jest tak grobowo posępny jak choćby wspomniane "Amores…“ czy "Babel”. Umyślnie nie przytaczam żadnych niemal szczegółów fabuły, nie popełnię tej zbrodni i nie obrabuję nikogo z niewątpliwej przyjemności odkrywania jej. Po prostu zobaczcie ten film. I polećcie go znajomym. Niech jego twórcy zarobią dobre pieniądze i zrobią więcej takich :)

Comments

Popular posts from this blog

"Drive", recenzja filmu.

"DOOM" (2016): krew, demony i heavy metal. Recenzja gry.

"W lesie dziś nie zaśnie nikt", czyli Polacy też umieją w horrory. Recenzja filmu.